Witryna toaleta2012.pl – jak sama nazwa wskazuje, dotyczy polskich toalet w kontekście przygotowań do Euro 2012. W szczególności zwraca się uwagę na czystość w publicznych WC oraz ich wyposażenie. Pomysłodawcy strony mają nadzieję na wzbudzenie zainteresowania tym problemem.

Kampania Toaleta2012 ma charakter edukacyjny, a jej celem jest zwrócenie uwagi opinii publicznej na standard toalet ogólnodostępnych. Dlatego też stworzono specjalną stronę WWW, zawierającą mapę toalet, zdjęcia, informacje, raporty oraz ciekawostki o WC w innych krajach.
Dodatkowo, użytkownicy mogą wsiąść udział w konkursie fotograficznym w jednej z dwóch kategorii: Nagroda publiczności lub Najciekawsze zdjęcie. Należy przesłać fotkę toalety, a można wygrać iPhone’y oraz iPod’y Touch.
Cóż większość z nas skorzystała choć raz z publicznej toalety na dworcach, w tunelach, przy plażach lub z innych szaletów miejskich. Czy są to toalety na miarę Europy XXI wieku? Ocenę…. pozostawiamy czytelnikom.
Źródło:
http://www.toaleta2012.pl
Dobry pomysł,wystarczy sie przejsc po toaletach na Dworcu Centralnym w stolicy i juz mamy jasnosc.Wrzuce tez jakąs fote.
„…większość z nas skorzystała choć raz z publicznej toalety na dworach, w tunelach…”
Warszawa, Dworzec Centralny – rok 1983 albo 1984. Wspólnie z Promotorką mojego doktoratu odbywamy jednodniowy wyjazd służbowy do stolicy. Program wyjazdu zaliczony. Docieramy na Centralny ponad pół godziny przed odjazdem powrotnego ekspresu (’Krakus’) do Krakowa. Szukamy WC na dworcu, aby w miarę możności nie musieć potem korzystać z toalety w pociągu – wcześniej zmierzaliśmy ku Centralnemu etapami, zaglądając do sklepów – a nuż będzie można przywieźć do domu coś, czego od dawna nie ma w Krakowie… Błądzimy więc po tunelach i przejściach, które (choć właściwie poruszaliśmy się wtedy tylko po kondygnacji bezpośrednio nad peronami) wydają się nam ogromnym pogmatwanym labiryntem – i nie możemy znaleźć! (oznaczenia niewyraźne, wiodą donikąd! pytamy ludzi – wyjaśniają inaczej, niżby należało odczytywać znaki, no i każdy kolejny zapytany mówi co innego – po pewnym czasie i po sporej porcji takich objaśnień nie wiemy już nic, nawet tego, w jakim miejscu właśnie stoimy!). W końcu znajdujemy – zamknięta! Na drzwiach potężna kłódka… Tymczasem moja Promotor – już wówczas Pani blisko 70. – ma dość. Kapituluje przed bólem – ma za sobą kilkanaście godzin bez chwili przerwy w pantoflach na wysokich szpilkach. Pantofle już dawno zdążyły obetrzeć jej obie pięty – są jednak dla mojej Opiekunki Naukowej stałym i nieodzownym elementem „oficjalnego” stroju wyjazdowego na czas, gdy nie ma śniegu ani mrozu, podobnie jak kapelusz z broszką i ogromnym piórem, broszka w klapie żakietu, kamea spinająca bluzkę pod szyją ; coraz bardziej daje znać o sobie obiad – jedliśmy kilka dań, wymieniając się potrawami, po każdym daniu Pani strzelała sobie 100 gram, a potem było jeszcze jakieś piwo, jakaś kawusia, na koniec herbatka z cytryną… Moja Pani zaczyna więc jęczeć, że długo już nie wytrzyma, że musi już, natychmiast, właśnie tutaj i teraz; po chwili żąda tonem niezadowolonej szefowej – że oto powinienem jej natychmiast wskazać miejsce, w którym mogłaby rozwiązać swój problem… Czasu do dyspozycji coraz mniej, już wiadomo, że nie da się odłożyć podstawowych spraw życiowych na później, do chwili, gdy będziemy już w pociągu i ruszy on w drogę z nami wewnątrz . W tej obłąkanej wędrówce trafiamy w końcu do jakiegoś korytarza, z którego również są zejścia na perony – no więc wiemy na nowo, gdzie jesteśmy – i którym tak „na oko” chodzi mniej ludzi (chyba było to przejście łączące perony od strony Emilii Plater, PKiN i dworca Śródmieście). Dochodzimy do zejścia na peron IV – na tablicy elektromagnetycznej układają się białe literki „Kraków Główny'”na czarnym tle i godzina odjazdu: 16.10 – równocześnie zapowiadają przyjazd naszego ekspresu ze Wschodniego. Jacyś ludzie przeszli, nikt nowy chwilowo nie nadchodzi… Pani Profesor, czując, że za chwilę nastąpi katastrofa, podejmuje decyzję: „Panie… , potrzyma Pan z łaski swojej moją torebkę!”. Daje mi do „potrzymania” rzeczoną torebkę i jeszcze dwie siaty; zdejmuje jedną, drugą rękawiczkę, wkłada do prawej bocznej kieszeni żakietu, rozpina żakiet od dołu…; następnie prędko podnosi spódnicę wraz z halką, ściąga majtki, kuca wypinając pas do pończoch ku ścianie, leje po posadzce aż pryska, błyskawicznie wali kupę do kałuży… – i oto ulga, najważniejszy stres z głowy, teraz tylko zrobić użytek z chusteczek higienicznych – czyli pieczołowicie pociętych na mniejsze kawałki serwetek, które odsłużyły już swoje na stole (dar z paczek – odrobina luksusu towarzysząca podstawowym produktom żywnościowym), „dyżurujących” w lewej kieszeni, tylko szybko się ubrać – i można znów ruszać. Oddaję Pani Promotor torebkę, siaty dźwigam w dalszym ciągu; schodzimy pochylnią, jeszcze długi marsz wzdłuż peronu Do końcowego wagonu pociągu dobiegamy w ostatniej chwili.